Rok 2065. Hongkong – miasto, które nigdy nie śpi, ale dawno straciło blask. Neony odbijają się w kałużach kwaśnego deszczu, tłumy suną pod holograficznymi reklamami, a powietrze gęste od smogu i zapachu street foodu.
Siedziałam w naszym PAV-ie – Personal Air Vehicle, latającym pojeździe służbowym, przywileju mundurowych. Patrzyłam, jak czerwone smugi świateł rozmazują się poniżej. Myślałam, że wreszcie wolne – Kai i ja, butelka syntetycznego wina, może stary holofilm. Ale nie.
Na ekranie kokpitu wyskoczyło nowe zgłoszenie: „Neon Lotus” – ekskluzywny burdel z androidami w czerwonej dzielnicy Tsim Sha Tsui. Zniszczenie mienia: android-sexbot „zabity” przez klienta. On twierdzi, że to samoobrona – podobno rzuciła się z nożem. Nie chce płacić za szkodę.
„Kolejna sprawa o mienie” – mruknęłam zirytowana. Potwierdziłam centrali: „Jednostka T19 do centrali. Sprawdzamy zgłoszenie przy Nathan Road. ETA pięć minut.”
Kai Wong, mój partner, spojrzał z uśmiechem. „Ling, miasto nie odpoczywa.”
Uśmiechnęłam się mimo zmęczenia. Z Kaiem zawsze tak – on jeden sprawia, że ten chaos ma sens. Uwielbiam go.
Hongkong to już nie perła Chin, jaką był kiedyś. Triady walczą o wpływy między sobą, prostytucja kwitnie (ludzie i maszyny), korporacje ssą resztki. Kiedyś ludzie myśleli, że w połowie XXI wieku wszyscy będziemy latać. Ha dobre sobie! PAV-y są tylko dla elit i glin. Reszta tkwi w korkach na dole.
Nasz pojazd sunął nad dachami. Deszcz bębnił o karbonową szybę. Czas do roboty.
Lądujemy na dachu Neon Lotus. Budynek pulsuje światłem – różowe i błękitne neony tańczą po fasadzie, holograficzne sylwetki androidów kuszą przechodniów poniżej.
Zjeżdżamy windą na poziom główny. Drzwi otwierają się na hol zalany neonowym światłem – różowym i fioletowym, odbijającym się w błyszczącej podłodze. Za wielkimi szybami tańczące androidy: idealne ciała, skóra jak żywa, ruchy płynne, prowokacyjne. Basowa muzyka wibruje w powietrzu. Klientów sporo – biznesmeni w garniturach, turyści, lokalni bogacze. Wszyscy wpatrzeni w widowisko.
W recepcji wita nas androidka – skąpo ubrana w przezroczysty lateks, włosy neonowo-różowe, uśmiech zaprogramowany na maksimum uwodzenia.
„Witamy w Neon Lotus, drodzy goście. W czym mogę pomóc? Usługa dla dwojga? Czy osobno? Mamy specjalności na każdą fantazję – delikatne, ostre, egzotyczne…” – mruczy słodko, skanując nas spojrzeniem.
Przerwałam ostro: „Policja. Chcemy managera. Natychmiast.”
Uśmiech bota zamarł na ułamek sekundy – glitch w programie. „Oczywiście, proszę chwilę poczekać.”
Po minucie pojawia się manager – pan Hao, korpulentny, łysy mężczyzna w eleganckim fioletowym garniturze. Prowadzi nas do biura, mijając korytarze z prywatnymi pokojami – stłumione jęki, migoczące światła.
„To zniszczenie mienia” – zaczyna Hao drżącym głosem. „Klient, radny Vincent Bo, był pijany. Twierdzi, że Luna oszalała, zaatakowała nożem. Ale nasze androidy mają blokady agresji – niemożliwe. Na nagraniach z holu niewiele widać – szanujemy prywatność. Pokój był wyciszony, bez kamer.”
Kai pyta spokojnie: „Gdzie klient?”
„Na zapleczu, czeka. Roztrzęsiony. A Luna… w pokoju 5. Nie ruszałem jej.”
Następny krok należy do nas. Musimy zebrać dowody.
„Proszę opisać całą sytuację od początku” – mówię spokojnie.
Hao przełyka ślinę. „Rezerwacja na Lunę była zrobiona dwa tygodnie temu. Opłacona anonimowo – przez pośrednika, nie bezpośrednio przez klienta. Vincent Bo, radny dzielnicy, przyszedł dziś spóźniony o pół godziny. Wyglądał na podchmielonego, ale to norma u niektórych gości. My szanujemy prywatność – nie sprawdzamy, dopóki nie ma problemów.”
„Luna to nasz najnowszy model” – ciągnie, jakby chciał się pochwalić. „Ekskluzywny, najdroższe usługi. Mówi w ponad tysiącu języków, potrafi… niesamowite rzeczy. Idealnie symuluje emocje, dostosowuje się do każdej fantazji.”
Przerwałam ostro: „Do rzeczy, panie Hao. Co się stało w pokoju?”
Speszył się. „Nie wiem dokładnie. Pokój wyciszony, bez kamer. Klient wyszedł przed czasem z zakrwawioną ręką, krzyczał. Luna nie ruszała się. To duża strata dla firmy – musi zapłacić za zniszczenie. Ale… proszę o dyskrecję. Jakby media się dowiedziały, że radny… reputacja lokalu by ucierpiała.”
Kai pyta spokojnie: „Pokaże pan nagranie z holu.”
Hao włączył holograficzny ekran. Zamknięte drzwi pokoju 5. Nagle otwierają się – Vincent Bo wychodzi chwiejnie, ręka zakrwawiona, coś krzyczy.
„Cofnij” – mówię.
Hao cofa nagranie. „Zbliż na rękę” – dodaję.
Obraz powiększa się. Krew kapie z dłoni Vincenta, zostawiając wyraźny ślad na podłodze tuż przy drzwiach – jakby skaleczenie było świeże, zrobione w ostatniej chwili.
Coś tu nie gra. Serce mi przyspiesza.
Manager Hao prowadzi nas do małego pokoju na zapleczu – ciasnego, z neonowym światłem sączącym się przez żaluzje. Klient, Vincent Bo, siedzi na krześle, twarz czerwona od alkoholu i nerwów. Garnitur drogi, z neonowymi wstawkami. Bandaż na ręce świeży.
Siadam naprzeciw. Kai stoi obok, ramiona skrzyżowane. Profesjonalnie. Spokojnie.
„Panie Bo, czy był pan wcześniej w Neon Lotus?” – zaczynam neutralnie.
On prycha. „Nie, pierwszy raz. Koledzy zrobili niespodziankę na urodziny. Prezent – ta Luna.”
„Był pan pijany?”
„Troszkę. Impreza, wie pani. Ale nie aż tak. Wystarczająco, żeby się bawić.” Uśmiecha się krzywo, jakby to był żart.
„Proszę opowiedzieć, jak przebiegły wydarzenia.”
Vincent podnosi głos, gestykuluje. „Weszliśmy do pokoju. Pytała, jak się zabawimy. Chciała na ostro – była napalona, wie pani, te boty tak programują. Zgodziłem się. Nagle wyjęła nóż, zaczęła grozić. Złapałem za ostrze – skaleczyła mnie! Musiałem się bronić. Na szczęście te boty nie są silne. Bo nie do tego służą, prawda?”
Śmieje się głośno, pogardliwie. „Obroniłem się. Musiałem ją unieszkodliwić, bo by mnie zabiła. Ta androidka na pewno wadliwa! To oni powinni mi zapłacić odszkodowanie za narażanie życia!”
Krzyczy coraz głośniej, twarz czerwona. Dla niego Luna to towar – wadliwy śmieć. Mówi z pogardą, złymi emocjami. Chce wyjść jak najszybciej, zerka na drzwi.
„Proszę pokazać rękę.”
Odsuwa bandaż niechętnie. Rana na wewnętrznej części dłoni – głęboka, ale czysta. Jak od chwytu za ostrze.
Kai wtrąca cicho: „Politycy kłamią zawodowo, prawda?”
Vincent milknie na chwilę, potem prycha. „Co pan sugeruje?”
Trudno ocenić, czy zmyśla. Mówi nieskładnie, ale przekonany o słuszności. My pozostajemy profesjonalni – wyciągamy informacje, nie emocje.
Przed wejściem do pokoju 5 zatrzymuję managera Hao. „Czy na pewno nic nie ruszaliście?” – pytam rzeczowo.
„Absolutnie nic” – odpowiada szybko, głos lekko drżący. „Czekaliśmy na policję. To… pierwszy raz coś takiego.”
Drzwi otwierają się z cichym sykiem. Ostrożnie wchodzimy z Kaiem, uważając, by nie naruszyć śladów. Pokój słabo oświetlony czerwonymi neonami, z minimalistycznym, ale zmysłowym wystrojem – czarne ściany z subtelnymi holograficznymi wzorami falującymi jak mgła, ogromne łóżko z podświetleniem LED, lustra na suficie odbijające każdy ruch.
Android leży na łóżku na plecach – seksowna brunetka, niemal naga, pozycja jakby zastygła w pół ruchu. Rozpoczynamy oględziny.
Pocięta skóra na tułowiu i ramionach, głębokie nacięcia. Piersi wyrwane – syntetyczna tkanka rozerwana, spod niej wystają kable i fragmenty metalowego szkieletu. Prawe oko uszkodzone. Dużo cięć – precyzyjnych, powtarzalnych. Klient sporo się napracował, by ją unieszkodliwić.
Kai klęka bliżej, skanuje detale. „To wygląda na dużo więcej niż samoobrona” – mówi cicho, profesjonalnie.
Rozglądamy się po pokoju. Na podłodze zakrwawiony nóż. Ślady krwi zaczynają się przy drzwiach – krople prowadzą na zewnątrz. Pobieram próbkę do analizy później. Nóż chowam ostrożnie do torebki na dowody.
„Skąd androidka mogła mieć nóż?” – pytam managera Hao, który stoi w progu.
Zaprzecza zdecydowanie: „To niemożliwe. Dziewczyny nic nie posiadają. Nie wychodzą z lokalu, wszystko zapewniamy my. To nie nasz nóż.”
Notuję fakty. Sucho, profesjonalnie. Manager wstrząśnięty – dla niego Luna to tylko robot, dzięki któremu interes się kręci, a nie osoba. Ale pierwszy raz widzi taką destrukcję.
Wychodzimy z pokoju do holu, by zebrać fakty i przeanalizować sytuację.
„Według klienta androidka była wadliwa” – mówię cicho. „Napadła go nożem, on tylko się bronił. Ma ranę na ręce, to pasuje.”
Kai kiwa głową. „Ale nie wszystko się zgadza. Uszkodzenia Luny są dużo większe niż konieczne do samoobrony. Z mojego doświadczenia to nie wygląda na scenę po walce, tylko na wyrachowane okaleczenie i zabójstwo. Ułożenie ciała, precyzja cięć…”
„Manager twierdzi, że ona nie mogła mieć noża” – dodaję. „Androidy nic nie posiadają. A ślady krwi zaczynają się przy drzwiach, nie wewnątrz pokoju. Jakby skaleczenie było świeże, na końcu.”
„Gdybyśmy tylko mogli poznać jej wersję wydarzeń…” – wzdycham.
Kai uśmiecha się lekko. „Przecież możemy. Podłączymy się do jej pamięci. Powinno się udać.”
Wracamy do pokoju 5. Kai wyciąga mały tablet z kieszeni, klęka przy Lunie i ostrożnie podłącza kabel do złącza ukrytego z boku jej głowy – standardowy port diagnostyczny.
Patrzę, jak wstukuje polecenia, analizuje strumień danych. Ekran miga niebieskimi liniami kodu.
„Udało się” – mówi w końcu i przekazuje mi tablet. „Pamięć jest częściowo uszkodzona, androidka może mieć problem z odnalezieniem się w sytuacji. Ale powinniśmy wyciągnąć prawdę.”
Biorę tablet. Serce bije mi szybciej. Czas przesłuchać Lunę.
– Jak zachowywał się klient?
– Czy zaatakowałaś go?
– Skąd wzięłaś nóż?
Czasem trzeba zadać więcej pytań, by wszystkiego się dowiedzieć.
„Wszystko jasne, Kai” – mówię cicho, zamykając drzwi pokoju 5. „Nasz szanowny pan radny Vincent Bo kłamie w żywe oczy. To nie samoobrona. On to zaplanował.”
Kai kiwa głową. „Pozwól mi zacząć.”
Wracamy na zaplecze. Vincent Bo siedzi spocony, manager Hao obok, nerwowo przestępujący z nogi na nogę. Kai podchodzi bliżej, głos spokojny, ale twardy:
„Panie Bo, fakty mówią same za siebie. Wiemy, że nóż był pana – przyniósł go pan ze sobą. Wiemy też, że sam pan się zranił w rękę, już po zniszczeniu androida. To, co pan zrobił, wykracza poza zwykłe zniszczenie mienia. Mamy do czynienia ze śmiercionośną dezaktywacją jednostki humanoidalnej – przestępstwem zagrożonym do dziesięciu lat pozbawienia wolności.”
Vincent blednie, potem nagle zmienia mu się wyraz twarzy – z arogancji na błagalny. „Proszę… to była tylko zabawa. Koledzy na urodziny, upili mnie.” Chwilę się zastanawia.
„Dam wam pięćdziesiąt tysięcy – darowizna dla policji, za waszą ciężką pracę. Zakopcie sprawę.” – proponuje.
Manager Hao wtrąca nerwowo: „Pięćdziesiąt tysięcy? To mniej niż koszt Luny!”
Vincent twardnieje: „Mam wpływy. Nie chcecie problemów, prawda? Stracicie odznaki.”
„Czy próbę przekupienia mamy dopisać do listy przewinień?” – pytam ironicznie.
Biorę Kaia na bok, wychodzimy na korytarz.
„Kai, nie wiem, co zrobić” – mówię zdezorientowana. „To, co on zrobił… okropne. Dla mnie to zabójstwo z premedytacją. Co z tego, że ona maszyna? Za dużo jest przemocy wobec androidów. Ludzie czują się bezkarni.”
Kai wzdycha. „Wiesz, jacy są ludzie. To polityk – będzie się mścił, ma koneksje. Może lepiej wziąć te pięćdziesiąt patoli, zakopać sprawę. Lokal zarabia fortunę, a nam się przyda. Pomyśl o wakacjach nad morzem, o których marzyłaś.”
„Może rozwiązanie po środku?” – zastanawiam się. „Nie chcę brudzić rąk łapówką – to niehonorowe. Przyznamy rację managerowi: zniszczenie mienia, odszkodowanie, bez sądu. Unikniemy eskalacji.”
Kai patrzy na mnie. „Co zrobimy?”
Decyzja należy do nas.
Niechętnie przyznaję rację Kai. Zawsze byłam ta porywcza – wstąpiłam do policji, bo chciałam wytłuc wszystkich przestępców, zemścić się za śmierć brata w ulicznej strzelaninie triad. Sprawiedliwość paliła mnie od środka.
Ale Kai… on jest inny. Mądry, przenikliwy. Wie, że Vincent Bo to nie zwykły pijak – to radny z koneksjami. Aresztujemy go, a on wywinie się, uruchomi znajomości, a nam zaszkodzi. Stracimy odznaki, może gorzej. Bez sensu ryzykować przyszłość dla jednej sprawy i naszego poczucia sprawiedliwości.
Z managerem Hao poradzimy sobie łatwo – lokal zarabia krocie.
Wracamy na zaplecze. Tym razem ja przejmuję pałeczkę – z kobietą nie będą dyskutować.
„Panowie” – mówię z uśmiechem, możliwie czarującym, choć zmęczenie ciągnie mnie w dół. „Jest późno, a ja nie chcę pana Bo wlec o tej porze na komisariat. Wszak to pana urodziny. Powinien pan iść do łóżka, wytrzeźwieć i odespać tę szaloną noc.”
„Zrobimy tak: zapłaci pan nam te pięćdziesiąt tysięcy – darowizna dla policji za ciężką pracę. Wpiszemy w protokole uszkodzenie mienia i zamykamy sprawę. I obiecuje pan, że to się nie powtórzy.”
„Dodatkowo – dziesięć tysięcy dla pana Hao, prywatnie, za stres. Lokal radzi sobie świetnie, szkody pokryje wam ubezpieczyciel. Dogadani?” – pytam wciąż uśmiechnięta.
Chwila ciszy. Vincent Bo patrzy na mnie, potem na Hao. Manager kiwa głową pierwszy.
Szybkie dwa transfery z portfeli elektronicznych. Pieniądze na koncie. Sprawa zamknięta. Czuję ulgę, ale i gorycz w gardle. Świat zostaje taki sam.
Opuszczamy Neon Lotus – deszcz wciąż pada, neony odbijają się w kałużach.
Odrzucam łapówkę w ogóle. Nie po to wstąpiłam do policji, by brać pieniądze od takich bydlaków. Co on sobie myśli? Że wszyscy mają cenę?
Zawsze byłam porywcza – chciałam wytłuc przestępców, zemścić się za brata zabitego w strzelaninie triad. Sprawiedliwość to dla mnie wszystko. Ale wiem, że pełna sprawiedliwość czasem kosztuje zbyt dużo. Kai ma rację – kompromis.
Wracamy na zaplecze. Tym razem ja prowadzę rozmowę.
„Panie Bo, powinniśmy pana aresztować” – mówię twardo. „Wykazał się pan niedopuszczalną agresją, kłamał pan w żywe oczy i próbował nas przekupić. My jesteśmy policją Hongkongu – mamy swój honor. Z nami te numery nie przejdą.”
Vincent blednie, Hao milczy.
„Zważywszy jednak na późną porę i że dziś są pana urodziny, proponujemy łagodne rozwiązanie. Spiszemy protokół uszkodzenia mienia. Pokryje pan szkody – pełne odszkodowanie dla lokalu. I obieca pan, że to się więcej nie powtórzy. Odnotujemy wydarzenie w kartotekach policyjnych – następnym razem kara będzie dużo surowsza.”
Chwila ciszy. Vincent Bo kiwa głową, z wyraźną ulgą.
Spisujemy protokół, następuje szybki transfer odszkodowania. Sprawa zamknięta.
Opuszczamy Neon Lotus – deszcz wciąż pada, neony odbijają się w kałużach.
Zawsze byłam porywcza – wstąpiłam do policji, bo chciałam wytłuc wszystkich przestępców, zemścić się za brata zabitego w strzelaninie triad. Sprawiedliwość to dla mnie wszystko.
Wiem z raportów: fala przemocy wobec androidów narasta lawinowo. Ludzie traktują ich jak niewolników, których można bezkarnie wykorzystywać na wszystkie sposoby – bić, modyfikować, niszczyć. Przepisy o ochronie androidów pozostają martwe – rzadko stosowane. Policja przekupna, sprawy zamiatane pod dywan.
Ale mamy szansę to zmienić. Zrobić z Vincenta Bo przykład. Tym bardziej, że to znana figura w polityce. Nagłośnimy w mediach – niech zobaczą, że ktoś wreszcie powiedział dość.
„Nie, Kai. Tym razem nie ustąpię” – mówię ostro.
Kai patrzy na mnie długo, potem kiwa głową. Wie, że mam rację.
Wracamy na zaplecze. Stoję prosto, głos twardy jak stal.
„Panie Bo, aresztujemy pana za zabicie androida, składanie fałszywych zeznań i próbę przekupstwa funkcjonariuszy. Mamy to wszystko nagrane” – wskazuję na mini kamerę ukrytą w mundurze.
Vincent Bo w szoku, twarz mu blednie. „Nie możecie… mam wpływy! Zniszczę was!” – odgraża się, ale głos drży.
Wyciągam kajdanki, podaję Kai. „Skuj go.”
Kai zakłada mu bransoletki – klik.
Manager Hao dopytuje nerwowo: „A co z odszkodowaniem?”
„Wszystko będzie dopilnowane” – uspokajam. „Sąd nakaże pełne pokrycie szkód.”
Wychodzimy z lokalu – deszcz pada mocniej. Lecimy PAV-em na posterunek, zostawiamy Vincenta w areszcie. Niech ochłonie w cuchnącej celi. My potrzebujemy odpoczynku – jutro zajmiemy się resztą.
2065-08-16, 02:40 UTC+8
W końcu w domu. Długi dyżur wyssał ze mnie wszystkie siły – czuję to w kościach, w ciężkich powiekach.
Zjadłam lekką kolację: ryż z warzywami, nic specjalnego, ale ciepłe.
Siedzimy z Kaiem na balkonie trzydziestego piątego piętra. Miasto poniżej to las wieżowców – neony pulsują leniwie, deszcz przestał padać, powietrze czyste po burzy. Miliony świateł, a my tu, wysoko, jakby ponad tym wszystkim.
Nalewam sobie wino – czerwone, syntetyczne, ale dobre.
„Dziękuję ci za dziś” – mówię, opierając głowę o jego ramię. „Mam nadzieję, że podjęliśmy dobrą decyzję.”
Kai patrzy na mnie tymi spokojnymi oczami. „Zawsze razem, Mei Ling. Cokolwiek wybierzemy.”
Rozmawiamy o drobiazgach – o tym, jak dawno nie mieliśmy wolnego, o plażach w Malezji, gdzie moglibyśmy pojechać.
„Wyobraź sobie: morze, cisza i zero wezwań w środku nocy” – śmieję się.
On kiwa głową. „Brzmi idealnie.”
Idę spać – padam na łóżko. Kai zostaje chwilę, potem słyszę znajomy dźwięk. Ustawia się w rogu pokoju na ładowarce.
Świetny z niego partner. Kocham go. I co z tego, że jest androidem.
Odpowiedzi 3 na “Neonowa Sprawa”
Kanał opinii offline
Twórca wizjoner 😀
It feels like a teaser to a much longer, larger, and complex story, one with a twist ending. Even with each step closer to the solution I expect a few sharp turns will add tension, confusion. Well done! Excellent graphics! 👍🏽🌅
Also, curious if it is written in Polish only. If so, I understand. If so, then what I’m getting is a machine translation. How appropriate! It seemed fine.
Nice short cool story!